Słowo „macocha” od wieków niesie ze sobą chłodne skojarzenia, a utrwalone w naszym języku powiedzenie „traktować po macoszemu” jednoznacznie definiuje ją jako osobę niechętną, oschłą i niesprawiedliwą. Ten krzywdzący archetyp przez lata umacniano w tekstach kultury, w tym w kinie, obsadzając macochy w rolach bezdusznych czarnych charakterów.
Pojawiają się jednak twórcy, którzy chcą zerwać z tym stereotypem i pokazać, że relacja z dziećmi partnera może być pełna empatii, dojrzałości i prawdziwej miłości.
Obalić na ekranie mit złej macochy
W Pleszewie odbył się Bana Film Festiwal (10-12 września), na którym publiczność wybierała najlepsze krótkie metraże, nadesłane przez autorów z całej Polski. Widzom najbardziej spodobał się film 41-letniego Adama Porębowicza, niezależnego reżysera z Warszawy, autora m.in. nagradzanej wielokrotnie „Szczerości” (2022).
Produkcja z 2025 roku pn. „Macocha” (do której scenariusz napisał wspólnie z Dorotą Chrobak) opowiada historię 40-latki Zuzy (Aleksandra Pisula), która wchodzi w relację z nieco starszym Kubą (Jakub Snochowski) i jednocześnie wkracza w świat jego sześcioletniego syna, Franka (Aleksander Buczak).
Choć kobieta z dnia na dzień zaczyna pełnić rolę macochy, między nią a chłopcem szybko rodzi się głęboka, wyjątkowa relacja, ważna dla obu stron. Sytuacja komplikuje się jednak w momencie, gdy uczucie łączące Zuzę i Kubę zaczyna wygasać.
dalsza część tekstu pod zdjęciem ↓
fot. kadr z filmu „Macocha”, reż. Adam Porębowicz
„Jesteśmy pokoleniem patchworku”
Jak tłumaczy Adam Porębowicz jego celem było zdemitologizowanie funkcji macochy. Zauważa, że słowo to powszechnie kojarzy się z głównym czarnym charakterem z baśni.
- Te konotacje ufundowali nam bracia Grimm ponad dwieście lat temu i to uprzedzenie pokutuje do dziś, mimo że świat całkowicie się zmienił. Trudno dziś mówić o macochach czy ojczymach jako o wstrętnych ludziach, którzy życzą źle swoim pasierbom - wyjaśnia reżyser.
Opowiada też szczerze o doświadczeniach swoich rówieśników.
- Moje pokolenie to w dużej mierze pokolenie patchworku - wszyscy mamy za sobą pozamykane i na nowo otwierane związki, w których musimy się odnaleźć. Zaskoczyło mnie, że temat tego, co tak naprawdę oznacza być macochą, pozostaje właściwie nieopowiedziany - ani w kinie, ani w literaturze. To powszechne doświadczenie, które wciąż funkcjonuje jako tabu - ocenia.
dalsza część tekstu pod zdjęciem ↓
fot. kadr z filmu „Macocha”, reż. Adam Porębowicz
Rozmowa z Adamem Porębowiczem o filmie „Macocha”: „Tworzę po to, by komunikować się z ludźmi”
Trajektorie krótkich metraży bywają bardzo barwne. Podczas festiwalu w Pleszewie wspomniałeś o pokazie swojego filmu w Chinach. O jaki projekt chodzi?
Mój drugi film znajdujący się obecnie w obiegu, „Spiritus Sanctus”, zakwalifikował się na festiwal w Xi’an.
O czym opowiada?
Akcja dzieje się w 1999 roku, podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Władze wprowadziły wtedy na czas wizyty papieża prohibicję. Głównym bohaterem jest facet, który za wszelką cenę próbuje po prostu kupić wódkę. To historia mocno zanurzona w polskiej kulturze i jestem bardzo ciekaw, jak odbiorą ją w Chinach. Film sporo podróżuje po świecie - byliśmy z nim w Cannes, pokazywano go w Quebecu, będzie też w Albanii.
Jesteś autorem scenariusza?
Tak. Dobrze pamiętam atmosferę panującą wokół tamtej pielgrzymki. Ostatecznie film jako reżyser zrealizował Michał Toczek. To kino bliskie jego estetyce.
Co chcecie przekazać? Chodziło o ujęcie polskości w pigułkę?
Nie wiem, czy to od razu diagnoza polskości, ale wyszliśmy od anegdoty o tym, jak jedna świętość narodowa wyklucza drugą. Jeśli jednak obejrzysz ten film, zobaczysz, że dotyka też spraw bardziej fundamentalnych: potrzeby transcendencji oraz zderzenia sacrum i profanum, które zmusza do myślenia. Czy to się udało - widz musi ocenić sam.
Nagrodzona w Pleszewie „Macocha” powstała po tym, gdy twoja koleżanka - która potem stała się współscenarzystką - opowiedziała ci na towarzyskim spotkaniu swoją historię. Co wywarło w niej na tobie największe wrażenie?
Dorota Chrobak podzieliła się nią ze mną prywatnie, bez żadnego zamiaru tworzenia scenariusza. Jej przeżycia wyjątkowo mocno poruszyły mnie emocjonalnie. Najbardziej uderzyła mnie niesprawiedliwość wpisana w relacje patchworkowe oraz poczucie bezsilności, z jakim mierzy się kobieta w roli macochy. Te emocje stały się punktem wyjścia do opowiedzenia historii. Moje pokolenie to w dużej mierze pokolenie patchworku - wszyscy mamy za sobą pozamykane i na nowo otwierane związki, w których musimy się odnaleźć. Zaskoczyło mnie, że temat tego, co tak naprawdę oznacza być macochą, pozostaje właściwie nieopowiedziany - ani w kinie, ani w literaturze. To powszechne doświadczenie, które wciąż funkcjonuje jako tabu.
Słowo „macocha” budzi pejoratywne skojarzenia - przywodzi na myśl złe bohaterki baśni. Chciałeś przełamać ten schemat?
Te konotacje ufundowali nam bracia Grimm ponad dwieście lat temu i to uprzedzenie pokutuje do dziś, mimo że świat całkowicie się zmienił. Obserwuję moich rówieśników - dla wielu z nich taka relacja to codzienność. Trudno dziś mówić o macochach czy ojczymach jako o wstrętnych ludziach, którzy życzą źle swoim pasierbom. Chcieliśmy zdemitologizować ten obraz i zmienić negatywne postrzeganie tej roli na bardziej neutralne, a nawet pozytywne.
Szacuje się, że w Polsce żyje obecnie od kilkuset tysięcy do nawet miliona rodzin patchworkowych. Uważasz, że jako społeczeństwo potrafimy się w tej rzeczywistości odnaleźć?
Trudno mi mówić o ogóle i statystykach. Mogę odnieść się jedynie do konkretnych przykładów ze swojego otoczenia - jedni radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej. Na pewno jest to sytuacja bardzo dynamiczna. W pokoleniu naszych rodziców rozwody nie były tak oczywiste; raczej walczono o relacje, nawet te nieudane. Moje pokolenie to zmieniło. To wciąż stosunkowo nowy proces, który dzieje się na naszych oczach, dlatego trudno o jednoznaczną diagnozę. Wszystko zależy od konkretnego człowieka. Jako społeczeństwo wciąż musimy przepracować i lepiej zrozumieć te doświadczenia.
Główna bohaterka twojego filmu po rozstaniu z partnerem prosi o możliwość dalszego widywania się z jego dzieckiem, choć biologicznie nie jest z nim spokrewniona. Jej postawa może wielu dziwić, a nawet szokować.
Odbiór filmu zależy w dużej mierze od wrażliwości widza. Dla części odbiorców ta sytuacja faktycznie może wydawać się dziwna - prawdopodobnie dlatego, że sami nie dążyliby do podtrzymania takiego kontaktu. Ja jednak opowiadam historię konkretnej osoby. Zuza weszła w relację z tym małym chłopcem tak głęboko, że między nimi zrodziło się coś wyjątkowego - coś, czego po prostu nie chciała stracić. Bardzo zależało jej na tym dziecku. Myślę, że to uniwersalny mechanizm w relacjach międzyludzkich: jeśli kogoś naprawdę pokochasz i zbudujesz z nim więź, walczysz o to, by tej osoby nie stracić. I Zuza podjęła tę walkę.
Finałowa scena była niezwykle emocjonalna. Wspomniałeś w Pleszewie, że podczas pracy udało wam się stworzyć warunki do pojawienia się autentycznych, niezaplanowanych emocji, które zadziałały na korzyść filmu. Jak wyglądały kulisy tej produkcji?
Sam plan był bardzo krótki - mieliśmy zaledwie pięć dni zdjęciowych, co było naprawdę ogromnym wyzwaniem. Biorąc pod uwagę ograniczenia czasowe pracy z dzieckiem, które może przebywać na planie maksymalnie sześć godzin dziennie, oraz fakt, że każdego dnia zmienialiśmy lokacje po dwa lub trzy razy, była to po prostu czysta egzekucja. Kluczowe okazało się to, co wypracowaliśmy jeszcze przed wejściem na plan. Więź między dwójką głównych bohaterów - Zuzą, graną przez Aleksandrę Pisulę, a Frankiem, w którego wcielił się Aleksander Buczak - zbudowaliśmy w trakcie preprodukcji. Gdyby te relacje nie powstały wcześniej, nie poradzilibyśmy sobie w pięć dni. Głębokie relacje nie mogą rodzić się dopiero przed kamerą, bo widz natychmiast to wyczuje. Jeśli zaś chodzi o nieplanowane emocje - to prawda, na planie pojawiły się momenty, których nie zakładaliśmy w scenariuszu. Bardzo dobrze, że tak się stało, choć zawsze trzeba przy tym zachować ostrożność i uważnie się przyglądać. Czasami spontaniczne reakcje mogą pójść w złą stronę, ale w naszym przypadku wyzwoliły emocje, które idealnie oddały istotę tego filmu.
Casting trwał dziewięć miesięcy, przy czym największym wyzwaniem okazał się ten na rolę małego Franka. Dlaczego?
To było trudne zadanie. Zależało mi przede wszystkim na chłopcu, który będzie bardzo naturalny - nie chciałem kogoś, kto po prostu będzie recytował wyuczone wierszyki, co często zdarza się, gdy zatrudnia się profesjonalnych dziecięcych aktorów. Odtwórca roli musiał spełniać też kilka innych kryteriów. Szukaliśmy kogoś budzącego sympatię, kto dodatkowo miałby w sobie coś wspólnego z naszą główną bohaterką - nie tylko w wyglądzie, co akurat świetnie zagrało, ale przede wszystkim w energii. Zgłosiła się ogromna liczba dzieci. Do ścisłego finału trafiło około dziesięciu chłopców i na tym etapie sprawdzaliśmy już relację oraz chemię ekranową między nimi a Olą Pisulą. Relacja, jaka wytworzyła się między Olą a Olkiem Buczakiem, okazała się zdecydowanie najciekawsza. Cały proces był długi i wymagający, ale efekt był tego w pełni warty.
Czy film pojawi się na innych festiwalach w Polsce lub za granicą?
Tak, światową premierę mieliśmy w Australii, na bardzo udanym festiwalu w Perth. Niedługo będziemy mieli pokaz na Węgrzech i w Los Angeles. W Polsce film był pokazywany na kilkunastu festiwalach i zdobył siedem nagród.
Zdarzyło się, że podszedł do ciebie ktoś po seansie i powiedział coś zaskakującego?
Zaskakującego może nie, ale rozmawiało ze mną wiele kobiet i mężczyzn, którzy sami znajdują się w podobnej sytuacji i opowiadali, jak to wygląda w ich życiu. To niezwykle miłe, że widzowie chcą się otwierać, a ich historie bywają równie fascynujące jak ta, którą przedstawiliśmy w filmie. Najsilniejszą emocjonalnie sytuacją był dla mnie moment na jednym z spotkań autorskich, gdy pewna kobieta ze wzruszeniem dziękowała za ten obraz. Jej siostra znajdowała się w podobnej sytuacji co główna bohaterka, a ona sama była matką dziecka, które znajdowało się w takim położeniu jak Franek. Podziękowała mi za ukazanie perspektywy matki. To było dla mnie niezwykle ważne, bo pokazało, że „Macocha” nie jest odbierana jednowymiarowo.
Skończyłeś filozofię. Jak to się stało, że trafiłeś do świata filmu i zacząłeś pisać oraz reżyserować?
Kręciłem amatorskie filmy jeszcze jako nastolatek w liceum, chociaż wtedy nie miałem pewności, czy będzie to moja droga. Po prostu robiłem swoje rzeczy z kolegami, aż w pewnym momencie naturalnie dojrzałem do decyzji, że chcę postawić na kino. Swoją pierwszą trzydziestominutówkę zrobiłem, gdy miałem około dwudziestu lat. Później miałem przerwę na pracę zarobkową - robiłem rzeczy dla telewizji, teledyski i tym podobne projekty. Do krótkiego metrażu wróciłem już zupełnie na poważnie jakieś sześć lat temu.
Tworzenie filmów to twoje główne źródło utrzymania?
Na krótkim metrażu się nie zarabia. Kręcąc taki film, mam świadomość, że nie przyniesie on zysku, a raczej wygeneruje koszty - ale nie robi się tego dla pieniędzy. Być może zdarzają się wyjątki, gdy film zdobywa nagrody na festiwalach A-klasowych i przynosi dochód, ale ja nigdy na to nie liczę i nie robię kina dla nagród. Tworzę filmy po to, by komunikować się z ludźmi. Realne zarobki pojawiają się na etapie pełnego metrażu, a to wyzwanie wciąż jest przede mną.
Często mówi się, że krótkie metraże to właśnie rozgrzewka przed debiutem pełnometrażowym. To trafne określenie?
To zależy od podejścia samego twórcy. Wielu reżyserów faktycznie traktuje szorty jako trening i okazję do szlifowania warsztatu przed pełnym metrażem. Są jednak i tacy twórcy, jak Radu Jude, którzy uważają krótkie formy za autonomiczne dzieła sztuki. On, mimo realizowania pełnych metraży, wciąż robi szorty, bo dają mu większą swobodę twórczą.
Masz już konkretne plany związane z pełnym metrażem?
Mam pewne pomysły i będę nad nimi pracował, ale jest jeszcze za wcześnie, by mówić o jakichkolwiek konkretach.
Czym są dla was twórców takie kameralne festiwale, jak ten organizowany w Pleszewie?
Bardzo cenię imprezy, na których nie ma czerwonego dywanu i panuje swobodna atmosfera - gdzie ludzie przyjeżdżają po to, by pokazywać filmy, oglądać je i dyskutować. W Pleszewie zupełnie nie czułem ducha rywalizacji czy spięcia, tak charakterystycznego dla wielkich festiwalowych imprez. Bana ma w sobie niesamowity luz. Poznałem tam sporo świetnych osób i odbyłem mnóstwo inspirujących rozmów. Warto podkreślić, że przyznano nam nagrodę publiczności, a to zawsze ma szczególne znaczenie. Pamiętam, że na naszym bloku pokazowym sala była niemal pełna. Każda taka projekcja to ceny kontakt z odbiorcami. Wydaje mi się, że film mocno z nimi zarezonował, a ludzie podchodzili do mnie po seansie, by podzielić się swoimi przemyśleniami. W takich nieoficjalnych, bliskich widzowi warunkach odnajduję się zdecydowanie najlepiej.
Żyjemy w czasach lapidarnych treści zalewających Internet. Mogłoby się wydawać, że krótki metraż idealnie wpisuje się w potrzeby widza, który nie ma czasu na dłuższe formy. Tymczasem próbowałem odnaleźć w sieci chociażby twój ceniony film „Szczerość” i jest on niedostępny. Dlaczego tak trudno filmy krótkometrażowe obejrzeć po zakończeniu obiegu festiwalowego?
Wynika to z wielu czynników. Dawniej dystrybucja krótkich metraży funkcjonowała w kinach - w czasach PRL-u, były też pojedyncze próby w latach 90. Dziś kino po prostu nie widzi w tym interesu finansowego. Pewne próby powrotu do tej idei podejmuje Studio Munka, które puszczało swoje szorty w kinach, a część z nich trafiła też na platformy VOD. Przy „Szczerości” dostawałem propozycje od dużego gracza, ale w przypadku tego konkretnego filmu, który w dużej mierze był stworzony jako przeżycie kinowe, chciałem żeby to doświadczenie takim pozostało. Niektóre tytuły można znaleźć w serwisach takich jak Ninateka czy na platformie Munkoteka, gdzie Studio Munka udostępnia swoje dawniejsze produkcje. Katowicka Szkoła Filmowa również publikuje swoje krótkie metraże w Internecie. Niestety, znaczna większość filmów po prostu znika z drugiego obiegu.
Uważasz, że szersza dostępność krótkich form wyszłaby na dobre zarówno twórcom, jak i całemu środowisku filmowemu?
Zdecydowanie tak. Pytanie tylko, na ile istnieje realne zainteresowanie ze strony widzów, dystrybutorów czy platform VOD. Zapewne ci ostatni wychodzą z założenia, że to się nie kalkuluje. Z drugiej strony nawyki odbiorców mocno ewoluują. Żyjemy w czasach, w których uwaga widza jest mocno ograniczona, a kilku- czy kilkunastominutowe formy stają się naturalnym standardem. Być może platformy streamingowe w końcu dostrzegą w tym potencjał i zmienią swoją politykę. Bardzo bym sobie i wszystkim twórcom krótkiego metrażu tego życzył.
A YouTube nie jest właściwym miejscem na publikację? Wyobrażasz sobie wrzucenie tam swojego filmu?
Wyobrażam sobie, ale to zależy od projektu. Moje wybrane, dawniejsze filmy - amatorskie lub półprofesjonalne - trafiały zresztą na YouTube. Trzeba pamiętać, że przy produkcjach ze sporym budżetem to nie reżyser podejmuje decyzje o dystrybucji, lecz producent i dystrybutor. Nie wiem też, jaka jest polityka YouTube’a ani zasady jego współpracy z twórcami. Należę do pokolenia, które korzysta z tej platformy, ale nie oglądam twórców internetowych i z braku czasu za tym nie nadążam. Pamiętam, że był moment, w którym na YouTube trafiały odrestaurowane cyfrowo klasyki polskiego kina. Zrobiło się o tym cicho, więc nie mam pewności, jak to obecnie wygląda.
Filozofia to przydatny fach w branży reżyserskiej?
To zależy od samego twórcy. Idąc na filozofię, chciałem przede wszystkim poszerzyć horyzonty. Będąc młodym człowiekiem, masz unikalną szansę obcowania z największymi umysłami w historii. Wiedziałem już wtedy, że chcę robić filmy, ale nie kalkulowałem, że te studia automatycznie uczynią mnie lepszym reżyserem. To wyszło bardzo naturalnie. Nie mam zresztą poczucia, bym chciał kręcić filmowe traktaty filozoficzne. Takie próby często kończą się niepowodzeniem, choć bywają wyjątkowe perły - najwięksi mistrzowie, jak Kurosawa, Antonioni czy Bergman, potrafili ubrać filozofię w wielkie kino. Film bazuje jednak przede wszystkim na emocjach, a czysto akademicki traktat bywa po prostu chłodny i nieudany. Jeśli miałbym wskazać najważniejszą lekcję, jaką wyciągnąłem z filozofii i przeniosłem do kina, jest nią sztuka stawiania pytań. Dobrze zadane pytanie bywa o wiele cenniejsze niż narzucanie widzowi gotowej odpowiedzi - i to podejście starać się zaszczepiać w moich filmach.
Szkoła filmowa nigdy cię nie kusiła?
Kusiła, ale to odległa przeszłość. Z perspektywy czasu widzę, że dobrze się stało, że do niej nie trafiłem, bo idę własną, autorską ścieżką. Oczywiście znam reguły rządzące kinem, ale lubię je przekraczać i robić rzeczy inaczej, wbrew utartym schematom wpajanym w szkołach. Indywidualne doświadczenie życiowe i podmiotowość są w tworzeniu filmów kluczowe. Gdybym ukończył filmówkę, zapewne łatwiej i szybciej zadebiutowałbym z pełnym metrażem, ale z drugiej strony mógłbym stracić tę niezależność.
Czy na koniec rozmowy chciałbyś coś jeszcze dodać?
Bardzo chciałbym serdecznie podziękować wszystkim Pleszewianom, którzy uczestniczyli w festiwalu i oddali na nas swój głos. Nagrody są miłe, ale najważniejsza jest żywa reakcja widowni. Dzięki niej wiem, że moja praca nie trafia w próżnię. Fakt, że film tak mocno zarezonował z odbiorcami, a zwieńczeniem tego stała się nagroda publiczności, jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem i niezwykle silnym wsparciem do dalszego działania.
Na zdjęciu Adam Porębowicz.
Komentarze (0)